Z zapisków nieżyjących, wielce zasłużonych knyszynian Józefa Piaseckiego - wieloletniego sekretarza gminy i Jadwigi Ciurzyckiej - pielęgniarki w przedwojennym, wojennym i powojennym szpitalu.
Żydzi knyszyńscy, rodzina Cieślów
Relacja Józefa PiaseckiegoNajgorzej ucierpiała od hitlerowców ludność żydowska. Nakładano stale jakieś kontrybucje w kosztownościach, ciepłych ubraniach dla walczącej na wschodzie armii, pozbawiano praw wykonywania rzemiosła, pociągano do różnych prac na szosach i in. Dla sprawniejszego wyzyskiwania Żydów Niemcy zorganizowali Zarząd Gminy Żydowskiej (Judenrat), za pośrednictwem którego wydawali wszelkie polecenia. W październiku 1942 r. hitlerowcy zaopatrzyli Żydów w ziemniaki i torf po cenach kontyngentowych, co wskazywało, że Żydzi spokojnie przezimują zimę 1942/43 r., gdyż stale groziło im wywiezienie lub osadzenie w getcie. W tymże miesiącu Amtskomisarz knyszyński Labusch wydał okolicznym sołtysom polecenie, aby na 2 listopada wyznaczyli 300 furmanek, które w godzinach rannych miały się stawić na placu rynkowym w Knyszynie. Za nieposłuszeństwo opornym groziła surowa kara. Na co miały być użyte te furmanki, nie było wspomniane, co nasuwało różne podejrzenia. Żydzi zaniepokojeni tym dowiadywali się u Amtskomisarza, przez swego prezesa Matela Zapasnera, czy czasem nie grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Amtskomisarz odpowiedział, że furmanki wyznaczone są do zwózki torfu, i że Żydom nic nie grozi. W dniu 1 listopada zjechało do Knyszyna ponad 300 gestapowców, a przed tym Niemcy poczęli zabierać od Żydów towary dane do wykonania szewcom i krawcom żydowskim, nie czekając wykonania, co już wyraźnie wskazywało na grożące niebezpieczeństwo. Wielu Żydów 1 listopada 1942 r. uciekło do najbliższych lasów i kolonii. Uciekający nad ranem byli rozstrzeliwani przez gestapowców, którzy otoczyli miasto kordonem. W dniu 2 listopada w godzinach rannych zebrali się w lokalu członkowie Judenratu radząc nad sytuacją. W tym czasie przybył major gestapo i rozkazał, aby wszyscy Żydzi o godzinie 800 rano zebrali się na rynku, skąd zostaną wywiezieni do pracy w innej miejscowości. W tym czasie zaczęły zjeżdżać się wyznaczone furmanki. Po sprawdzeniu stanu z listą, umieszczono Żydów na furmanki i przed południem wywie-ziono w kierunku Białegostoku. Domy żydowskie opieczętowano i ogłoszono, że za rabowanie mienia żydowskiego grozi kara śmierci.
Żydów, którzy ratowali się ucieczką, lub nie chcieli opuścić swych domów Niemcy zabijali. Naliczono 75 zwłok, które po zebraniu przez sołtysów pogrzebano na cmentarzu żydowskim w Knyszynie.
Uratowały się w kryjówkach, po koloniach i lasach 54 osoby, które w 1944 r. po wkroczeniu wojsk sowieckich wróciły do Knyszyna, następnie wyjechały do Izraela, Meksyku, Ameryki itp. Był sporządzony dokładny spis ocalonych, lecz uległ zniszczeniu podczas pożaru budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej.
Po zlikwidowaniu Żydów - Niemcy splądrowali domy pożydowskie, zabierając co cenniejsze rzeczy sobie, a resztę sprzedawali pozostałym obywatelom. Dostarczony Żydom torf i ziemniaki również Niemcy powtórnie sprzedali pozostałym mieszkańcom miasta Knyszyna. W księgach rachunkowych Amtskomisariatu knyszyńskiego było otwarte specjalne konto "Juden Akzion", na które wnoszono kwoty uzyskane ze sprzedaży mienia pożydowskiego.
W czerwcu 1944 r. do knyszyńskiego Amtskomisariatu wpłynęło pismo do adwokata niemieckiego w Ełku. Domagał się on odebrania od jednego z mieszkańców Knyszyna (nazwisko znane redakcji - red.) maszyny do szycia, skór i innych kosztowności pozostawionych u niego przez Basię Grodzieńską z Knyszyna, znajdującą się w "Ost Industrie Lublin", obozie zagłady w Majdanku, która przekazała je na skarb niemiecki. Jak by się ta sprawa zakończyła, nie wiadomo, gdyż zbliżający się front wojny zmusił Amtskomissariat do ewakuacji.

Obelisk w Treblince
Relacja Jadwigi Ciurzyckiej2 listopada 1942 r. to dzień, w którym z Knyszyna zabierano Żydów, mówiono, że część do getta w Jasionówce, część do getta w Białymstoku. To był czarny dzień, pełen bólu i rozpaczy dla wszystkich mieszkańców Knyszyna.
Wielu Żydów rozpaczliwie ratowało się ucieczką - szukali schronie-nia w miejscowym szpitalu. Błagali by ukryć ich, położyć nawet z chorymi na dur (tyfus). Jedenaście osób udało mi się położyć do łóżek na oddziale zakaźnym - ryzyko ogromne, ale jedyna nadzieja w tym, że Niemcy panicznie bali się chorób zakaźnych, szczególnie tyfusu, i nieczęsto wchodzili na ten oddział.
Grupę Żydów - około 20 osób umieszczono w piwnicy, gdzie skryli się za stertą ziemniaków, kilku dosłownie przysypano ziemniakami.
Po południu, między godziną 14 - 1500 Żydzi opuścili szpital i udali się polną dróżką za szpitalem do pobliskiego lasu, kierując się prawdopodobnie do okolicznych wsi. W grupie tej było sześcioro dzieci, w wieku od 5 do 11 lat.
Około godziny 1300 Niemcy wpadli do szpitala sprawdzić stan (liczbę chorych), konkretnie, ilu Żydów przebywa na leczeniu. Co wtedy przeżyliśmy, trudno opisać - to trzeba przeżyć. Szczęśliwie złożyło się, że oddział zakaźny ominęli pytając jedynie, czy są tam Żydzi chorzy na tyfus. Opowiedziałam przecząco, nie zdając sobie chyba sprawy, ze gdyby sprawdzili, rozstrzelaliby nas wszystkich na miejscu.
W tym czasie na oddziale położniczym znajdowała się Żydówka o nazwisku Pytluk - imienia nie pamiętam, pierwsza doba po porodzie. Urodziła dziewczynkę. Niemcy spisali jej dane personalne i powiedzieli, że po tygodniu przyjadą ją zabrać. Minął tragiczny tydzień oczekiwania. Niemcy przyjechali, ale udało nam się wspólnie z doktorem Szymborskim zatrzymać ją pod pozorem ciężkiego zakażenia poporodowego z wysoką gorączką. Zapowiedzieli, że ma być pilnowana, że przyjadą ją zabrać. 9 listopada 1942 r. - pamiętam ten dzień dokładnie, jest stale żywy w mojej pamięci - weszłam do separatki, w której przebywała chora Pytluk. Rzuciła mi się na szyję i ze szlochem błagała, by umożliwić jej ucieczkę ze szpitala. Na szosie, na odcinku Knyszyn - Czechowizna miał oczekiwać na nią mąż Pytluk Kiwa. Błyskawicznie podjęłam decyzję i wieczorem ubraną w moje ubranie udało mi się wyprowadzić ze szpitala żonę Kiwy Pytluka. Doszłam z nią do szosy - odcinek około 1 km, chowając się miejscami w przydrożnych rowach, gdyż opodal krążyły patrole niemieckie. Na umówionym miejscu istotnie czekał Kiwa Pytluk, stąd już oboje udali się w kierunku wsi Czechowizna. Dziecko pozostawione w szpitalu Niemcy po trzech dniach zabrali. Dalsze ich losy są mi nieznane.
Dane, jakie tu przytoczyłam, są prawdziwe i żywo tkwią w mojej pamięci, pracowałam bowiem w szpitalu w Knyszynie w tych tragicznych chwilach.
Powyższe teksty: Józefa Piaseckiego i Jadwigi Ciurzyckiej ukazały się w "Białostocczyźnie" nr 3/1993.