Jednego dnia, 2 listopada 1942 r., nasze miasto straciło jedną trzecią swoich obywateli, mężczyzn, kobiet oraz dzieci. W dzień zaduszny, 64 lata temu, dokonała się zagłada knyszyńskich Żydów. Cała ta społeczność związana z naszym miastem od XVI wieku, od czasów króla Zygmunta Augusta, została siłą wyrwana ze swoich knyszyńskich domów.
Tego dnia Niemcy otoczyli miasto. Polacy mieli zakaz opuszczania domów.
Żydom polecono przygotować się do wyjazdu. Starych, chorych oraz tych, którzy próbowali uciekać rozstrzeliwano na miejscu. Tak zginęło około 75 osób. Zostali oni pochowani w zbiorowej mogile na cmentarzu żydowskim. Wśród nich była czteroletnia dziewczynka ubrana w białe futerko, która celowo pozostawiona przez rodziców, z nadzieją uratowania, została zastrzelona na ulicy Tykockiej. Pozostałych furmankami wywieziono do Białegostoku, a następnie do Treblinki na ostateczną zagładę. Ilu tego dnia zdołało uciec - trudno ustalić. Mogło to być od 50 do 80 osób. Wielu z nich ukrywało się w lasach, u chłopów na okolicznych koloniach oraz w Jasionówce do czasu likwidacji tamtejszej gminy żydowskiej - 25 stycznia 1943 r. Ginęli ścigani przez Niemców i wydawani przez szmalcowników. Nielicznym udało się uratować dzięki ofiarnej pomocy Polaków narażających własne życie. W ten sposób została ocalona przez Reginę i Czesława Ostrowskich dziesięciomiesięczna dziewczynka - Shulamith Pitluk, która ochrzczona przez ks. Kazimierza Cyganka dostała na imię Anna.
Jako wspomnienie tamtych wydarzeń przedstawiamy poniżej fragment książki Edwarda Hołdy.
Godna uwagi jest myśl, wyrażona na końcu cytatu przez pana Komarowskiego, dotycząca upamiętnienia Żydów zamordowanych w Knyszynie.
Krzysztof Bagiński

Treblinka, symboliczny pomnik knyszyńskich Żydów. fot. Krzysztof Bagiński
Przetrwać siebie
(…)
Cztery wieki później ze swojego przysiółka, z zagrody za królewskimi sadzawkami, przez te zatarte plany Joba Bretfusa (nadworny architekt króla Zygmunta Augusta), utajone już od tak dawna pod warstwami piachu, próchnicy i historii, kroczy poboczem drogi codziennie do Knyszyna pan Wandali.
Z ostatnich śladów świetnych przepadłości, z wałów Zygmunta Augusta ponad sadzawkami, jeszcze tylko w rozchyleniach gęstwy drzew i krzaków, wyłania się dotąd nie zatarty, chociaż również w tej gęstwie, albo na szczęście utajony stary żydowski cmentarz. Ale już pomiędzy tym cmentarzem a nowym kirkutem (…) nie upamiętniony ni najmniejszym znakiem od nie najgorszych ludzi, pod mieszanką paszową i drogą ku zagrodzie Borysa - otwiera się najprzepadlejszy dół, w którym, zrzucone z podwód, załadowane w gnojnice i półkoszki, padają ciała Żydów pomordowanych przy wywózce.
A te podwody to tylko taki ustronny niewielki podjazd, ciągnie ich raptem tyle, co na marny szarwark. Główny exodus, exodus jeszcze jakiś czas żywych, do strzału w tył głowy nad rowem, w polach, u zakrętu, pośród kopyt końskich, szczękających kół, hitlerowskich butów, uniesionych kolb karabinów; do placu spędowego w Białymstoku, do popiołów i dymów Treblinki; dziesiątkami, setkami podwód toczy się zatłoczoną szosą z Knyszyna na Białystok. (…)
Więc pan Wandali będzie tym bardziej, a zawsze pamiętał i tych Żydów tutaj, pod tą mieszanką paszową, a zwłaszcza pod tą drogą, bo ich tam najwięcej. I uchwyci się nawet ogrodzenia, oczami, które widzą w głąb minionego czasu, lecz nie minionego i bliźniego bólu, wymierzy, gdzie postawić stopę, nie będzie stąpał po pomordowanych. Przestąpa całkiem skraja, gdzie oni nie leżą; a gdzie dokładnie, pan Wandali wskaże, a Dziadek Komarowski wyrysuje szkic. I cztery wieki od Joba Bretfusa ten szkic jeszcze się jedną przesłoną położy na plany królewskiego architekta.
(…)
- Ilu tych wtedy pomordowanych przy wywózce zginęło Żydów tego ostatniego dnia? - zapytam jeszcze panią Cecylię.
- Wtedy, tego dnia w listopadzie, półtora roku po uderzeniu Niemców na Związek Radziecki?
(…)
- Tak. Tego dnia. W listopadzie.
- Na progach mieszkań, na podwórkach, na ulicach Knyszyna około siedemdziesięcioro pięcioro. Parę osób mogło paść jeszcze w późniejszym czasie. Ktoś się ukrywał, nie ukrył, wyszedł, hitlerowcy złapali. Ale to może najwyżej z parę osób. (…)
- Nikt nie ocalał?
- Podług tego zapisu - i pani Cecylia wyszukuje ten zapis w kronice pana Józefa Piaseckiego i księdza Cyganka - zdołało uciec około pięćdziesięciu czterech osób. Kronika nawet podaje dokładnie: pięćdziesiąt cztery. Ale to chyba dokładnie nie tak łatwo było ustalić. Zanotowano z pamięci następujące uratowane osoby, które dożyły końca wojny:
Brzeziński Mejłach, zmarł w Meksyku; Słodownik Wolf; Ostrów, syn jego siostry; Kapłan Beniamin; Szkolnik Kalman; Pitluk Kiwa; Kagan Fejwel; Bajkowski Motel, obecnie w Białymstoku; krawiec z żoną; Frydman Abram; Zapasner Motel, zmarł w Izraelu; jego żona Sara; Szama, syn Dzamy Solarza, Barszczewski Szlama, syn Gersza; Kronenberg, syn Chaskiela; Suraski Szmul, syn Judla, w Palestynie.
- To i Anna Sulamith, czteroletnia córeczka krewnych Kiwy Pitluka, którą uratowała pani Karwacka (Ostrowska), przyjąwszy wtedy jeszcze maleńką, i uznawszy za córkę?
- Tak. To i Anna Sulamitch z rodziny Pitluków. Przez całą wojnę, aż do pierwszego czy drugiego roku po wojnie, kiedy pani Karwackiej te jej przybraną Niusię wykradziono i wywieziono do Stanów Zjednoczonych; dopiero wtedy i tam ją wyzuto z tego polskiego imienia jej ratunku i została tylko Sulamith, jak może wcale nie wiedziała, że była nazywana po urodzeniu.
(…)

Anna, Shulamith w Knyszynie, 1945 r. fot. z arch. K. Bagińskiego
Pożegnałem się z panią Cecylią, jeszcze wstąpię do Dziadka Komarowskiego, noc ciemna, wchodzę w Starodworną. Nieczęste latarnie, z okien poprzez ogrody i sady elektryczny poblask; w załomie płotu para, obejmują się. Ona już musi iść, trzymają się jeszcze za ręce, pożegnali się, przystanąwszy o parę kroków od siebie upewniają się co do jutra:
- To gdzie? O której?
- Jak się matka położy.
O dziesiątej? To się nie wyśpisz.
- Wyśpię. Do szóstej rano.
- Gdzie dzisiaj?
- Nie. Wiesz, tam pod powieszonym Żydem.
- Gdzie?
- Przecież wiesz. Co przedwczoraj.
- Pod jakim powieszonym Żydem? - pytam Dziadka Komarowskiego. - Nie pomylili może z tym Kurtem Ginzbergiem?
- Numery uliczne przecież też maluję, mogliby się umówić pod numerem - odpowiada Dziadek. - Numeru nie znają, o Żydzie słyszeli. I że tak przylgnął do tego miejsca, ani uwierzyć.
- Więc nie w rynku przy pompie? Pod jakim Żydem? Jaki Żyd?
- Obok, przy Starodwornej, kilka numerów dalej, rodzeństwo żydowskie schroniło się z lasu, nie mogli wytrzymać, po coś musieli wrócić. Może głód, zmęczenie; niektórzy mówili, coś mieli schowane, żeby przeżyć albo się okupić. Był taki szucman, z tutejszych, dostał dożywocie, wyszedł po piętnastu latach. Niedużo już mu zostało do śmierci; nazwisko jego pod sprawiedliwym sądem, wyrokiem i tą śmiercią. Na nikogo z niewinnych nie przeniesiemy winy. Odkrył, wydał Niemcom. Zanim przyszli, Żyd, też i mało co starszy niż ten Kurt, powiesił się w piwnicy na szaliku; wisiał z nogami dwadzieścia pięć centymetrów od podłogi. Nie widzieć nigdy, oczy zamknąć, zaślepnąć w sobie, a tym bardziej widzieć, jak on tam wiąże ten szalik, zahacza go, siostra na to patrzy, miota się po tej piwnicy, chce czy nie chce, ale nie może przeszkodzić i nie może nie patrzeć. Oszalałą, półprzytomną, z pogryzionymi palcami, już bez mowy, tylko z jakimś ni to krzykiem, ni jękiem pośród bełkotu, zastrzelili żandarmi na podwórku. Mowa ją opuściła jak ludzie.
- Mowa ją opuściła jak ludzie?
- Kiedy ludzie nas opuszczają, to i mowa. Mrze w człowieku, zanim człowiek umrze. Słowa się rozpadają, ani przytomna myśl już czasem jednego nie wydobędzie. - Dziadek zamilkł, odzywa się dopiero po dłuższej chwili.
(…)

Po lewej - nowy Kirkut, po prawej - "mieszanka paszowa". Miejsce zbiorowej mogiły knyszyńskich Żydów zamordowanych 2 listopada 1942 roku. fot. Krzysztof Bagiński
- A tamtym spod mieszanki paszowej głaz bodaj zatoczyć z należytym napisem. Albo z mniejszych spoić należyty pomnik. Czy tablicę odlać betonową, jak tym najbiedniejszym Żydom, gdyby nas już nie było stać na co lepszego. Zaś drogę puścić nie po prochach, żeby i pan Wandali nie musiał chwytać się ogrodzenia, obecną ostępując. Tak i bez przerwy przekonuję, kogo mogę, uczynić zabytkiem i bożnicę za moimi wrotami, o, tę tam, przez podwórze - przekonuje i nas teraz Dziadek, abyśmy z nim, kogo można, też przekonywali, mimo iżby ten ktoś miał już swoje niezbite przekonanie, że mu się walą na głowę znacznie pilniejsze sprawy. (…)
Edward Hołda, „Przetrwać siebie”, ISKRY 1981, str. 81-84, 96, 244.